Swoje wspomnienie z Mazur nadesłał nam Tadeusz DoboszWstecz

Mazury, gdzie często spędzamy żeglarskie urlopy mają wodę ciągle nie najczystszą, z małymi wyjątkami, do których należy Kisajno, ulubione jezioro mojej żony. Czyste jezioro to głodne jezioro. Tam żadne żarcie za burtą nie poleży. Wieczorem wyleciały: rozgnieciony pomidorek i topiony serek niepewnej świeżości. Natychmiast zjawiły się dwa ogromne raki ale zajęły się nie konsumpcją, lecz wzajemnym zajadłym mordobiciem. Średnie raki zaczęły wpylać pomidorka, najmniejsze zdecydowanie gustowały w serku. Wielkość raka, jak wiadomo, zależy od jego wieku. Wynika z tego ciekawy fakt: dla dużego, starego, silnego raka najważniejsza w życiu jest władza. W średnim wieku preferują przyjemności /taki pomidorek to ho, ho!/. Małe raki mają tylko jedno zmartwienie : jak najszybciej chcą być duże. No i nie wiem, czy oglądałem płyciznę mazurskiego jeziora, czy studiowałem obyczaje naszej politycznej elity warszawskiej...

W sierpniu 1990 roku staliśmy żaglówką w śluzie Guzianka dzielącej jeziora Bełdany i Nidzkie. Tłok nieludzki, jacht przy jachcie. Tuż obok ogromny luksusowy okręt z rejestracją warszawską. Śluzowy zbiera pieniądze. Po ile? - pyta tubalnym głosem warszawiak. -Po 200 zł. Warszawiak podskakuje, prycha i zaczyna grzmieć na całą śluzę o pozostałościach komuny, o dziadowskiej gospodarce, o za niskich opłatach, o tym że się ta śluza rozsypie i nie będzie na remont itd., itp. W sumie dosyć przekonująco. W końcu śluzowy podchodzi do nas z siatką na motyle na długim kiju, wrzucamy pieniądze, śluzowy chce iść dalej, ale warszawiak zatrzymuje go naglącymi gestami, rozgląda się spłoszony i wychylając się szepce /ale ja jestem blisko i słyszę/ - Proszę Pana, ja wrzuciłem 500 zł! /dla niezorientowanych, to odpowiednik dzisiejszych 5 gr/. Ze spłoszonym spojrzeniem chowa resztę do kieszeni...