Koło napędowe mojej egzystencji - nadesłała RymaszkaWstecz

Czy życie nie jest cudowne? I warte poświęceń? Zrezygnowałam z poprawki, by móc uczestniczyć w przygodzie życia, oddać się pasji żeglowania i spotkać ludzi, których nigdy nie zapomnę, z którymi przeżyłam cudowne dni...

Była Adrianka, byli Maciek, Igor, Artur, Filip, Wojtek i Kapitan. Tworzyliśmy jedną wielką rodzinę, choć czasem podejrzewano by nas o relacje kazirodcze... Ale wszystko po kolei...

Do Trzebieży dojechałam z Adrianką wtorkowym rankiem; skierowano nas na Dziwną, łódkę odpychającą swym wyglądem- rdzawym odcieniem kontrastowała ze stojącą obok Pianą. Tak... z ubiegłorocznym kapitanem też się widziałam. Dzięki niemu odkryłam piękno żeglowania i uroki Oslofiordu.

Powróćmy jednak na keję, gdzie już z nami stali panowie. Powoli myśl o wspólnym żeglowaniu sprawiała, że oglądaliśmy się ze wszystkich stron, ciekawi siebie nawzajem. Zaczęły się pogaduszki... A ja stałam i patrzyłam... patrzyłam, z kim wyruszam w drugi rejs mojego życia...

Adrianka, moja kochana sąsiadka. Znamy się od maleńkości. Razem zaczynałyśmy karierę żeglarza jeziornego, przyszedł więc i czas, abyśmy wspólnie wyruszyły na morze.

Maćka energiczność zaciekawiła mnie bardzo, ile on gadał... Choć jego wynurzenia dotyczyły głównie jego osoby, nie sposób było oprzeć się jego urokowi.

Był też Igor z krainy kangurów, aż z Australii, początkowo bardzo cichy... Ale jak pozory mylą, tak też Igor okazał się szatanem, zaskakiwał nas co milę.

To właśnie z nim i Maćkiem spędziłam najwięcej czasu, to z nimi śmiałam się, to na nich byłam zła... A oni mieli doskonałą zabawę, gdy dolali mi do kubka gorącej herbaty brandy, nic mi o tym nie wspominając. A ja będąc chorą Kluseczką, jak mnie nazywał Kapitan, nie dostrzegłam tego. Moje receptory smaku i powonienia wyłączyły się i kilka minut później było mi tak gorąco...

To właśnie z nimi grałam w karty i śmiałam się do łez, śpiewałam i enigmatycznie tańczyłam na siedząco...

Przyłączał się do nas Artur, sympatyczny człowieczek. Zawdzięczam mu wiarę w moją osobę i pomoc... byłam II oficerem, a to nie byle jakie zadanie...

Wreszcie Filip - tajemniczy facet. Miałam z nim tylko jedną wachtę, która pozwoliła mi stwierdzić, że to niezależny wolny żeglarz. Swój człowiek. Nie znosił kukowania, choć wychodziło mu to całkiem-całkiem.

Był też i Wojtek, zamknięty facet. Nie dopuszczał do siebie nikogo i z rezerwą podchodził do nas. Postrzegany był jako anemik. Szczerze mówiąc, bardzo się dziwiłam - czasem jego ku... słychać było w całym jachcie.

Tak oto przedstawiała się załoga, na czele której stał Kapitan, tak odmienny od ubiegłorocznego... Z siwymi włosami i siwą brodą... istny Papa Igloo...

Ale... ale nie zapomnijmy, że nadeszła godzina wypłynięcia. "Na lewą burtę!" - padło hasło i posłusznie ustawiliśmy się w szeregu twarzą do jachtu celem salutowania banderze ośrodka. I nagle okrzyk Kapitana "Może byście tyłkiem nie salutowali!" wyrwał nas z zadumy i otępienia. Cóż, wszystkim zdarzają się wpadki...

Zaczęła się żegluga... motorem po Zalewie Szczecińskim. W ruch poszły karty i śpiewnik.

Po zaopatrzeniu w świnoujściu naszego pływającego domu w odpowiednie wiktuały, wyruszyliśmy. Jeszcze tylko GPK i przed naszymi oczami ukazał się ogrom morza. Niesamowity widok, wszędzie woda... Wiatr dmuchał, my płynęliśmy i podziwialiśmy...

Sassnitz odwiedziliśmy nocą, przymusowo - wiała ósemka i Papa Igloo, wziąwszy pod uwagę nasze wspólne doświadczenie i niedawną rufkę tak niespodziewaną, nie chciał zostawiać jachtu w naszych rękach i udać się do koi.

Kolejnym celem był Falsterbo Kanał. Zbieraliśmy siły, zaczynała się prawdziwa żegluga... Popołudniem ubrana w dresy, tenisówki i sztormiak przejęłam wachtę, radosna z powodu braku deszczu... Niespodziewanie niebo zapłakało, a płacz szybko przerodził się w szloch. Wiatr zacinał... Nagle ster odkręcił, łódka skoczyła... poziom adrenaliny w moim organizmie też. Kompas przy sterze zaczął fiksować, coraz większy przechył... wpadłam w panikę.

Na szczęście Artur był obok i zapanował nad sytuacją. Trzymać musiałam 300, kurs, który do dziś pamiętam. Udawało mi się idealnie, wyczułam ster i jego opory. Tak bardzo się cieszyłam.

Tego samego wieczoru zostałam prezeską, jeszcze nigdy tyle pokłonów nie oddałam Neptunowi... Ale burtę zawietrzną od nawietrznej odróżniłam, w przeciwieństwie do żeglarki z sąsiedniego jachtu, która przypięta do relingów po nawietrznej w ostatniej chwili zadała pytanie: "Czy to burta zawietrzna czy nawietrzna?"

Czas mijał i powoli zbliżaliśmy się do Kopenhagi. Brulion dziennikowy uzupełnialiśmy, Kapitan nam w tym gorliwie pomagał. Nauczyłam się odpowiedzialności za godziny wacht, decydowałam o zwrocie, czytałam mapy i sprawdzałam latarnie i boje. Nawet płynąc w kierunku stolicy Danii, kiedy nie musiałam przejąć steru w ramach oficerskiej przysługi , a mieliśmy bagsztag, wiatr tak bardzo nie lubiany przeze mnie, pokonałam siebie i pokierowałam łajbą, omijając duże tankowce - plagę tamtejszych okolic.

Co robiliśmy w międzyczasie? Opalaliśmy się, łowiliśmy rybki. Złapaliśmy 21 dorszy - na podrywanego. Pycha.

Zawinęliśmy do Kopenhagi, gdzie pół nocki spędziliśmy w wesołym miasteczku, Tivoli. Przeżyliśmy wspólnie kolejki i zamki strachu. Nazajutrz rankiem opuściliśmy "stoliczną" keję, by dobić kilka godzin pźniej do helsingorskiej. I jak to zwykle bywało, wachta moja upłynęła pod znakiem deszczu. Prawdę mówiąc, z kim bym nie żeglowała, zawsze padało...

Pograliśmy w karty - hazard rozkwitał z każdym dniem, zjedliśmy rybki i udaliśmy się na zwiedzanie zamku Hamleta. Jest to konstrukcja przytłaczająca, nie chciałabym w niej zamieszkać.

Nadeszła pora powrotu. Mieliśmy zapas czasu, więc postanowiliśmy zawinąć jeszcze do Klintholmu, miasteczka pełnego uroku. Władca Mórz i Oceanów nas zaskoczył, dając możliwość bliższego zapoznania się z okolicą. Za główkami portu morze szalało, my natomiast zwiedzaliśmy pobliskie klify. Kto by pomyślał, że wypływając w rejs, spędzę czas nie tylko na wodzie, ale także w górkach?!

Naszą ostatnią wieczorną wachtę oświetlał piękny ciepły zachód słońca. Byłam taka szczęśliwa i jednocześnie smutna, że te cudowne chwile zmierzają ku końcowi...

Co mi pozostało? Mam piórko mewie z Klintholmu, muszelkę z Helsingoru, duńska monetę z oczkiem - na szczęście... mam też wspomnienia, które dołożyłam do bukietu najszczęśliwszych dni mojego życia... Bo to właśnie takie dni są kołem napędowym naszej egzystencji. Dodają otuchy i wiary w przyszłość... W dniach szarych i smutnych są azylem oferującym ciepło i spokój spragnionym schronienia...

Takich wspomnień życzę każdemu.