Mazurski ból głowyWstecz

Mazurski ból głowy

Właśnie minął pierwszy tydzień listopada. Każdemu żeglarzowi w naszej strefie klimatycznej ten okres kojarzy się z nieuchronnym końcem sezonu. Myślę zatem, iż jest to dobry moment na parę podsumowań i postawienie przed sobą kilku poważnych pytań dotyczących społeczności żeglarskiej, by w długie, zimowe wieczory przy kominku i szklaneczce whiskey móc przemyśleć nasze postępowanie.

Pod koniec sierpnia spędziłem razem z moimi dobrymi przyjaciółmi dwa tygodnie na Wielkich Jeziorach Mazurskich. Jako miłośnicy żeglarstwa stworzyliśmy zgraną załogę z uprawnieniami przekraczającymi te, wymagane przez przepisy (dwoje z nas było sternikami jachtowymi, a reszta załogi oprócz dwóch "pasażerów" szczyciło się patentami żeglarzy jachtowych). Muszę się przyznać, że nigdy wcześniej nie miałem okazji pływać na naszym najpopularniejszym pojezierzu. Dlatego szokiem było dla mnie odkrycie zdziczenia obyczajów żeglarskich tam panującego i - powiedzmy wprost - chamstwa u ludzi pływających na żaglówkach, których jednak nie śmiem nazwać żeglarzami.

Jak Państwu zapewne wiadomo społeczność żeglarska wykształciła wiele niepisanych zasad zachowania na łodzi, które pomagają w bezpieczny i przyjemny sposób cieszyć się swobodą żeglugi. Nie wspominam już nawet o przepisach. Natomiast prawda jest taka, że na morzu szanuje się jeszcze etykietę, lecz na śródlądziu została ona całkowicie zapomniana.

Nie mówię już nawet o ludziach czarterujących łódki nielegalnie, bądź nie mających na pokładzie nikogo z patentem. Takich można rozpoznać z odległości mili morskiej. Płynie łódka - piękna, plastikowa, z najnowszym osprzętem takim jak szoty i fały kontrolowane przez komputer czy też automatyczny pilot (zabójczy przy tłoku, jaki panuje na jeziorach) - a na niej siedzi pijana w sztok (!!!) "załoga" i rozkoszuje się widokiem innych łódek uciekających z ich kursu. Temu wszystkiemu towarzyszy zwykle głośna muzyka w stylu techno zagłuszająca i tak nie nadające się do druku słowa skierowane do współtowarzyszy, bądź innych załóg próbujących zwrócić im uwagę na łamanie etykiety (bo może jej nie znają). I jeśli cała sytuacja miała by się ograniczyć do pojedynczych wypadków to wszystko dałoby się przypisać tym właśnie dzieciom za bogatych rodziców. Ale niestety... rzeczywistość jest bardziej okrutna.

Coraz częściej na naszych wspaniałych akwenach pojawiają się grupy młodych, choć nie tylko (!) ludzi, którzy zdobywszy szlify żeglarskie przyjeżdżają tutaj - na Mazury, by odreagować cały ten "bełkot" o etykiecie. Mają więc za nic zasady prawa drogi, czy też zwyczaje dotyczące wyglądu łódki. Więc nie raz, nie dwa widziałem jednostkę - już nie taką drogą, lecz zwykłą czarterową łajbę obsadzoną przez załogę złożoną ze studentów, wiec - wydawało by się - przyszłą inteligencję kraju i społeczności żeglarskiej, płynącą z wywieszonymi na burtach suszącymi się koszulkami i - za przeproszeniem - gaciami. Ilu to niebezpiecznych sytuacji udało się nam uniknąć tylko dzięki przepuszczeniu takiej łódki wbrew przepisom wymuszającej pierwszeństwo na prawohalsowych żaglówkach!?! Obraz dopełniony jest zwykle łopoczącym fokiem, i poplątanymi "sznurkami" ciągnącymi się za łodzią. A przy takim zachowaniu o tragiczny wypadek nie trudno.

Kolejną ciekawą sytuacją jest wejście i wyjście ze śluz. Całość przypomina mi nieco zachowanie stada wygłodzonych psów zamkniętych w klatce po wyłożeniu przed siatkę steku i otwarciu drzwi. Wyścigi prowadzą do zderzeń, a złożone i niepilnowane maszty obijają się o burty innych łódek. Niechlujnie sklarowane żagle grożą zaplątaniem się w nie załogi zaaferowanej odpychaniem innej jednostki, co z kolei prowadzi w prostej linii do wypadnięcia za burtę jednego z załogantów wprost w kotłowaninę śrub pracujących na najwyższych obrotach i obijających się o siebie burt.

Do tego wszystkiego dochodzi ważna część kultury i tradycji żeglarskiej - alkohol. Jakkolwiek nie da się zabronić żeglarzom pić, to jednak picie przed i w trakcie pływania takich ilości, jak na Mazurach, jest zdecydowanie karygodne. Ja rozumiem, iż poranny ból głowy spowodowany wczorajszą "żeglarska atmosferą" w trakcie integrowania się z innymi załogami wymaga przysłowiowego "klina", ale nie znaczy to, że wypływając na wodę "w środku nocy" czyli zazwyczaj około 13:30, należy być już po pięciu piwach (bezalkoholowych - oczywiście) lub wlewać w swoje przepastne gardło kolejną już szklankę whisky!

Jako młody człowiek nie jestem miłośnikiem przepisów, czy reguł ograniczających wolność. Ale zasady etykiety żeglarskiej są mi bardzo bliskie. Ludzie morza zawsze byli i - mam nadzieję - zawsze będą ludźmi honoru. Poza tym etykieta zwiększa bezpieczeństwo i komfort na łodzi. A to, co zobaczyłem na Mazurach przyprawiło mnie o dreszcze, żeby nie powiedzieć palpitacje serca.

Apeluję wiec wprost do całości społeczności żeglarskiej: zastanówmy się, czy etykieta może zostać w ten sposób pominięta? Czy większość wypadków na śródlądziu nie jest spowodowana wyłącznie niechlujstwem i zbytnią brawurą? Ja nie będę więcej komentował tego, co widziałem na Mazurach. Wiem tylko, że więcej tam nie pojadę, ponieważ nie żegluję, by się popisywać, lecz dla czystej przyjemności, a w obecnym stanie nie można tam spędzić bezstresowych wakacji. A szkoda... Mazury to rzeczywiście piękna przyroda i wspaniałe akweny. No i oczywiście doskonała żeglarska atmosfera przy piwku w jedynym tego typu miejscy na świecie: w sztynorckiej "Zęzie".

Autor jest zapalonym żeglarzem - sternikiem jachtowym, oraz uczniem liceum ogólnokształcącego.