Gazeta festiwalowaWstecz
Wratislavia Szantans

Polska to jest taki dziwny kraj, w którym raz do roku stolicami pieśni morsko-żeglarsko-jeziorowo-szantowej, są takie znane ośrodki morskie jak Wrocław i Kraków. Wrocław to jest takie dziwne miejsce, gdzie zapaleńcom jeszcze się chce. Zapaleńcy to są tacy dziwni ludzie, którzy z piasku bicz ukręcą, z piwnych przemyśleń zrobią wrocławski festiwal szantowy. Wrocławski festiwal szantowy to jest taka instytucja, która zwołuje na coroczne spotkania wrocławską publiczność szantową. Wrocławska publiczność szantowa to jest najsympatyczniej walnięta podgrupa gatunku homo sapiens, która mnożąc się w sobie tylko wiadomy sposób, bawi się w najlepsze oklaskując znanych sobie, aż do znudzenia wykonawców. Wykonawcy są to tacy porąbani ludzie, którzy z najdalszych zakątków kraju, lecą na wezwanie ukochanej publiki, aby razem z nią niszczyć gardła i wątroby. A nie byle kto, przed zacnym audytorium, roztaczał swe szantowe powaby. A to Marek Siurawski obezwładniający urodą, miażdżący intelektem i osobowością estradową, perlistym dźwiękiem brzęczący na strzelistej dzwonnicy "Starych Dzwonów". Już to "Cztery Refy", marmurowe, posągowe, perfekcyjne, aż do bólu, z diabolicznymi błyskami oczu ich "rogatych" dusz. Eksplozyjnie-wulkaniczni "Smugglersi", mazursko-piwne "Spinakery", ociekający bagnem i szuwarami "Zejman & Garkumpel", powodujące gwałtowne przemieszanie się krwi w męskich organizmach "Stanpo" (dawniej "Wiercipięty"). Wiele innych szantowych gwiazdeczek, gwiazd, planet i słońc, że nie wspomnę o "Zwierzaku"! I w tym wszystkim, owinięci wokół własnej wątroby, wykonawcy zagraniczni, obezwłanieni polską gościnnością. Do tego wszystkiego ta wspaniała publiczność i ten Wrocław, i te tawerny "U Maruchy" i inne. I te marzenia, żeby zapaleńcom nadal się chciało. I to cisnące się... sto lat dla Wratislavia Szantans.

Mirosław Kowalewski Gazeta Festiwalowa 1/1993