Archiwum festiwaluWstecz
Stary autobus i ciepła herbata

Wydaje się, że to takie łatwe - sięgnąć pamięcią rok wstecz. A jednak to złudzenie - pamięć jest zawodna i wybiórcza - często umiemy przywołać szczegóły, które są dziś nieistotne, a tych ważnych nie jesteśmy pewni.

Z pierwszej wizyty we Wrocławiu zapamiętałam długą podróż rozklekotanym autobusem przez całe miasto. Było już ciemno i obawiałam się czy trafimy do hali kartodromu, nawet plan niezbyt mi pomógł. Na szczęście okazało się, że jeden z pasażerów wybiera się na szanty i wskazał nam gdzie wysiąść i w którą stronę iść. Bez jego pomocy pewnie długo błądzilibyśmy po peryferiach Wrocławia, a tak trafiliśmy na początek koncertu inauguracyjnego. Bramkarz z pewnym wahaniem wpuścił nas na teren hali, ale już za chwilę organizatorzy wręczyli nam identyfikatory i mogliśmy udać się "za scenę", czyli do odgrodzonego sektora przeznaczonego dla wykonawców i gości. Na niewielu festiwalach można się spotkać z tak miłym przyjęciem - dla zmarzniętych i zmęczonych ludzi ciepła herbata jest najlepszym lekarstwem, a taki gest gościnności na długo pozostaje w pamięci, szczególnie, że w hali panował chłód.

W piątek na koncercie dominował folk, a ze względu na akustykę hali dobrze wypadały tylko zespoły profesjonalne. Szkoda, że tak mała częćś publiczności wytrwała do występu Krewnych i Znajomych Królika. Warto było.

Sobotni ranek (to znaczy od południa, bo trzeba było odespać nocny koncert) przeznaczyliśmy na zwiedzanie miasta, choć czasu było mało- o 16 rozpoczęło się 15-lecie Ryczących Dwudziestek. Ten koncert różnił się od innych atmosferą - według mnie była ona bardzo "rodzinna" - zespoły występowały razem, bez konkretnych zapowiedzi i to zadecydowało o jego uroku. Drugi sobotni koncert to same sławy, a jednocześnie "dla każdego coś miłego" - od mocnego uderzenia Orkiestry Dni Naszych po szanty w wykonaniu Starych Dzwonów. Niedzielny poranek dla większości zespołów debiutujących we Wrocławiu upłynął na ostatnich próbach, w hotelu słychać było śpiew i gitary. Potem konkurs i oczekiwanie na werdykt. Także wśród konkursowiczów atmosfera była wspaniała, może dlatego że duża część osób znała się z innych imprez, a aż cztery zespoły pochodziły z Łodzi. Koncert finałowy był niejako ukoronowaniem całego festiwalu.

Ciekawe co utkwi mi w pamięci po Szantach we Wrocławiu 2000...? Dobrze, że tym razem koncerty odbywają się w centrum...

Marta Kolasińska dziennikarka Studenckiego Radia ŻAK z Łodzi